|
czwartek, 26 sierpnia 2010
Refleksja po przeprowadzce...
O z jakim wielkim żalem opuszczam Blox.pl mając ponad 1000 odwiedzin w tygodniu.... Ale uszu do góry - podpowiada rozumek...niedługo i na Bloggerze tak będzie :)
nowe miejsce:
wtorek, 24 sierpnia 2010
Przenosiny. Przeprowadzka. Przenosiny!
Nastał czas przeprowadzki. Zapraszam więc wszystkich bardzo, ale to bardzo serdecznie na swój nowy blog, która jest kontynujacją tego co robiłam na Blox.pl.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Pod wpływem emocji...Bator i Paziński
Joanna Bator "Chmurdalia" Będąc ostatnio w bibliotece (takie już zboczenie zawodowe, mimo stosu, a nie stosiku 50 książek do przeczytania w domu) wypożyczyłam sobie (kurka! No, nie mogłam się oprzeć) „Chmurdalie” Joanny Bator. Ja po prostu uwielbiam jej książki. Bez dwóch zdań. Dlatego recenzja drugiej części „Piaskowej góry” (chyba tak można określić „Chmurdalie”) będzie bardzo emocjonalna (oczywiście tylko zabarwiona tymi pozytywnymi odczuciami). Wszystkie zachwyty, które towarzyszyły mi podczas lektury „Piaskowej góry”, obecne były również podczas lektury „Chmurdalii” z jednym zastrzeżeniem – fabuła powieści nie była już tak intrygująca ja w przypadku pierwszej części. Ale od początku. Język (!), bohaterowie, historia – na piątkę. W sposób jaki pisze Joanna Bator to mistrzostwo. Zdanie stworzone przez Bator zachwycają i powalają na kolana. A sama historia… To dalsze losy Dominiki Chmury i jej matki Jadzi Chmury. Na stronach książki oprócz głównych bohaterek, przewija się oczywiście cała galeria postaci, w jakiś sposób z sobą powiązanych, nieprzypadkowych: Grażynka, ciemnoskóra Sara, Ivo – cukiernik … . Autorka ma cudowny talent do pisania powieści wielowątkowych, ale w sposób tak precyzyjny, że po prostu … zachwyca. Co uderzające, książka jest bardzo kobieca – tam właśnie my, dziewczyny utrzymujemy ten męski świat w ryzach. Tak jak w przypadku „Maga” 600 stron to była dwutygodniowa katorga, tak w przypadku „Chmurdalii” 500 stron to była dwudniowa przyjemność. A czym jest tytułowa „Chmurdalia”?! Kraino odległo od Wałbrzycha, miejscem w chmurach dali, gdzie ucieka się przed pamięcią i przeszłością. Pozwolę sobie przytoczyć mój ulubiony fragmenty książki – tak na posmakowanie języka J. Bator: Panowie poruszyli kwestię inżynierii mostu wiszącego, którego byle nie rozhuśtać, niejedno przetrzyma, psy zaprzyjaźniły się i powąchały, a bibliotekarka czytała książkę Olgi Tokarczuki wzdychała, bo zaczynał jej się podobać inżynier Jerzy; ach, z takim panem w domu górskim życie wieść sobie ciekawe, raz dzienne, raz nocne. (J. Bator, „Chmurdalia”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, s. 478) Polecam. Och, polecam! Moja ocena 6/6.
Piotr Paziński "Pensjonat" „Pensjonat” Piotr Paziński - to książka, nie to esej, który przede wszystkim traktuje o przeszłości. Tytułowy pensjonat to miejsce, gdzie kuracjusze, w większości pochodzenia żydowskiego przybywali, aby podreperować zdrowie i pobyć w miejscu - oazie, wolnej od napięć i niepokojów politycznych. Pensjonat był swoistą wyspą wolności po grozach i demonach Holocaustu. Narratorem tekstu jest dorosły mężczyzna, który przebywał w tym magicznym miejscu w okresie dzieciństwa. Powrót do pensjonatu po latach okaże się powrotem w przeszłość – jakże mglistą i ulotną. Bowiem w starym, niszczejącym budynku nic nie jest takie samo. Nie ma już dawnych kuracjuszy, nie ma miejsc zapamiętanych z przeszłości. Tamto pokolenie – precyzyjniej – resztki tamtego pokolenia, które jakimś cudem uniknęło śmierci z rąk nazistowskich oprawców, umarło – pozostał po nich tylko niszczejąc pensjonat. Ale też pamięć! Pamięć, która mimo, że ulotna pozwala na trwanie i istnienie osób, które odeszły. Chociażby na chwilę. Dlatego należy ćwiczyć pamięć, tak jak to robi narrator tekstu – aby przedłużać trwanie osób, których już nie ma. „Pensjonat” Pazińskiego to dobra rzecz. Napisana w precyzyjnym, minimalistycznym językiem. Czyta się szybko i łatwo. Nominowana do tegorocznej Literackiej Nagrody Nike oraz uhonorowana Paszportem Polityki - i choćby dlatego wypada ją znać. Polecam i zachęcam. Moja ocena: 5/6.
Zdając sobie w pełni sprawę z faktu, że moje dzisiejsze wpisy (a na pewno pierwszy) są mało merytoryczne, kajam się i zawstydzona idę robić pranie.
P.S. Zarówno Bator („Piaskowa góra”) i Paziński są nominowani do tegorocznej Literackiej Nagrody Nike. Nie ukrywam, że trzymam mocno kciuki za wałbrzyska opowieść :D
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
"Mag" J. Fowlesa oraz "Tajemnica rodu Hegartych" A. Enright
(Nie)magiczny „Mag” Fowlesa
To miała być książka po której naprawdę wiele się spodziewałam i która naprawdę mnie rozczarowała. Bez dwóch zdań. To nie moja literatura, to nie mój świat. Na początku pomyślałam, że jestem odosobniona w mojej opinii co do dzieła Fowlesa, ale przeszukując sieć odnalazłam wiele podobnych (niekoniecznie pozytywnych) opinii. „Męczyłam” tę książkę dwa długie, frustrujące tygodnie, klnąc przy tym niemiłosiernie i niecierpliwością wypatrując końca. Jest jednak jedna rzecz, którą zrozumiałam dzięki Fowlesowi i której jestem już w stu procentach pewna – lubię literaturę, która została nazwana przeze mnie „literatura krótkich zdań”. Bliżej literaturę, która jest bardziej konkretna, sprecyzowana, skondensowana. Bez zbędnych opisów, nadpisów i przypisów. Dlatego moimi faworytami są: Kapuściński, Bator, Szczygieł, Bader i Borges etc. Uważam, że autor wielość sensów, które chciał przekazać w tekście, równie dobrze zmieściłby na 100 a nie na 628(!) stronach. Ale do sedna - kilka zdań o treści książki: „Mag” Fowlesa to książką z gatunku powieści inicjacyjnych. Młody nauczyciel Nicholas Urfe trafia na grecką wyspę, aby uczyć języka angielskiego w ekskluzywnej szkole. Lecz na małej wysepce znajduję się również tajemniczy dom w którym mieszka - Conchis – jak się okaże (bagatela po 400 stronach książki) jego przewodnik do świata dorosłości (miłości). Nasz bohater będzie poddawany różnym eksperymentom, będzie uczestniczył w dziwnie psychologicznej grze – a wszystko po to aby zrozumieć, że naprawdę kocha tylko jedną kobietę - Alison. Cóż, czego się nie robie dla prawdziwej miłości!
Co mi się nie podobało w tej książce: rozbudowana, nadbudowa, przebudowana akcja – za wiele tego, sam pomysł fabuły – manipulowanie czyimś jestestwem, przeintelektualizowane rozmowy.
Co mi się podobało w tej książce – język, główny bohater oraz fakt, że Fowles doskonale – mimo wszystko – panuje nad całą, rozbudowaną fabułą tekstu.
Moja ocena: 3/6
Przeczytałam dobrą książkę…
Drugą książką, którą w ostatni czasy miałam niebywałą okazję poznać był rewelacyjny tekst A. Enright „ Tajemnica rodu Hegartych” – uhonorowana zresztą nagrodą Bookera (2007). Przy tej pozycji doskonale sprawdza się powiedzenie – „nie oceniaj książki po okładce”. Po pierwsze dlatego, że okładka i tytuł nie zachęcał do przeczytania książki – wydawała mi się jedną z wielu kryminalno-obyczajowych pozycji, których ogrom na rynku księgarskim. Po drugie (i z tym spotkałam się pierwszy raz) – opis na obwolucie nijak się ma do faktycznej treści książki. Bowiem Enright opisuję, przede wszystkim, historie Veroniki i jej zmarłego, samobójczą śmiercią brata Liama, a nie jak to zostało umieszczone na obwolucie książki – próbę wyjaśnienia przyczyn tragedii przez poszczególnych członków Hegartych. Książka irlandzkiej pisarki, to powieść o tym jak pojedyncze, traumatyczne zdarzenia z dzieciństwa odbijają swe piętno na dorosłym życiu. Jak milczenie, obojętność może skrzywdzić drugiego człowieka. W końcu to również powieść o tym, że rodzina to nie tylko źródło radości i poczucia bezpieczeństwa, ale też źródło cierpienia. Rodzina, która ma symbolizować dobroć, zbyt zakorzeniona w tym dogmacie (stawianie norm i zachowań społecznych ponad dobro jednostki) może zniszczyć i zniekształcić dziecko na tyle, że trudno będzie mu funkcjonować w rzeczywistości dorosłych – tak jak to miało miejsce w przypadku Liama. „Tajemnica rodu…” to książka mroczna, napisana oszczędną i precyzyjną prozą, która porusza i fascynuje. To jest naprawdę bardzo dobry tekst, który wypełni zasłużył na Nagrodę Bookera. Gorąco polecam.
Moja ocena: 5/6 *** Leniwie i cudaśnie jest w moim życiu. Jestem właśnie na półmetku moich dłuuuugich wakacji. Np. dziś podczytywałam stare numery magazynu "Bluszcz", gdzie znalazłam bardzo ciekawy artykuł dotyczący tytułów książek. Podobno najlepszym tytułem w historii literatury jest tytuł: "Sto lat samotności". W ogóle (według autorki artykułu - Julii Pańków) "samotność" w tytule to gwarantowany sukces. A najgorszy tytuł... to m.in. "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam" Paula-Mistrza Światła- Cohelo (Yeah!). W artykule mowa również o nagrodzie brytyjskiego magazynu "Bookseller", który od 30 lat przyznaje najdziwniejszym tytułom roku. Wśród nagrodzonych były takie pozycje jak: "Atrakcyjny i ciepły desing grobu", "Utrata własów w nowym milenium", "Traktory i mężczyźni, którzy je kochają" czy "Męskie genitalia i jak je ulepszyć" ("Bluszcz", marzec 2009, nr 6). Cudowne. Pozdrawiam i leniwie macham łapką.
środa, 04 sierpnia 2010
Rosja moja miłość!
„Rosja w literaturze” to moje pierwsze wyzwanie – należy być uczciwym - basta. Na pytanie - „gdzie zainspirowana lekturą chciałabym pojechać?” Pada szybka odpowiedź – „do Rosji” – rzecz jasna. Do Rosji kraju, gdzie…wszystko jest możliwe. Do kraju, który fascynuje mnie jak żaden inny, do kraju, który pokochałam dzięki Kapuścińskiemu, do kraju kontrastów…Radość wyzwaniowa jest zatem wielka! Przed rozpoczęciem wyzwania krótki rachunek sumienia: 1. Przeczytane (zapamiętane): - Grossman Wasilij „Życie i los” ( w tym roku) - Hugo-Bader Jacek "Biała gorączka" ( w tym roku) - Dostojewski Fiodor „Zbrodnia i kara” i „Biesy” ( w tym roku) - Kapuściński Ryszard „Imperium” - Jerofiejew Wieniedikt „Moskwa-Pietuszki” (w tym roku) - Nabokov Vladimir „Lolita” - Bułhakow Michaił „Mistrz i Małgorzata” - Czechow Antoni – „Opowiadania” - Puszkin Aleksander „Eugeniusz Oniegin” 2. Mój wyznaniowy plan minimum: - Aleksandra Marianina – cokolwiek - Aleksander Sołżenicyn „Oddział chorych na raka” - Jacek Hugo-Bader „W rajskiej dolinie wśród zielska” - Lew Tołstoj „Anna Karenina” lub/i „Wojna i pokój” - Pasternak Borys „Doktor Żywego” - skorzystam również z podpowiedzi organizatorki wyzwania - Prowincjonalnej Nauczycielki :)
A więc książki w dłoń! Dziękuję za wyzwanie i pozdrawiam serdecznie Prowincjonalną Nauczycielkę oraz wszystkich uczestników zabawy:) *** Jęsli tylko zdąże w ramach wyzwania chciałabym przeczytać również polecane ksiązki przez Kasie: - "Dzieci Arbatu" Rybakowa A. - "Moskiewską sagę" Wasilija Aksionowa oraz Owarinaiyume: - "Dwanaście krzeseł" I. Ilfa i E. Pietrowa - nowele Zoszczenki - "Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina" Wojnowicza - "Wierny Rusłan" Władimowa - "Wszystko płynie" Grossmana - "Opowiadania kołymskie" Szałamowa Kapuściński moja miłość - łańcuszek vol. 2
Otrzymałam od Lilithin zaproszenie do łańcuszka wakacyjnego vol. 2. A oto i moje odpowiedzi: 1. Czy masz jakąś książkę lub autora do których wracasz w okresie wakacyjnym? Autor, do którego wracam, niezależnie od pory roku to oczywiście Ryszard Kapuściński. 2. Egzemplarze jakiej książki rozrzuciłabyś najchętniej w letnich pociągach i samolotach, tak by przeczytało ją jak najwięcej wakacjowiczów? I tym razem Kapuściński – „Lapidaria” – rozrzucałabym nie same ksiązki, ale karty z książek – może wtedy więcej osób by do nich dotarło (?) – one dotarły by do nich (!) 3.Czy czytasz ostatnią stronę lub ostatni rozdział przez rozpoczęciem właściwej lektury? Czy kiedykolwiek zepsuło Ci to przyjemność czytania? Nigdy mi się to nie zdarzyło. Jestem przekonana, że takie zachowanie bezcześci tekst. 4. Jak często czytasz książki więcej niż jeden raz i jaką książkę udało Ci się przeczytać największą ilość razy? Naprawdę rzadko zdarza mi się czytać coś dwa razy. Książek jest zbyt wiele… Autorem do którego powracam tylko czytając fragmenty jego książek jest Kapuściński. Moje pytanie, którego nie zadałam przy pierwszej odsłonie Łańcuszka, a na którego zadanie miałam wielka ochotę – nijak się zresztą ma do wakacji, ale co tam – raz kozie śmierć: Który pisarz lub która książka zasługuje na Literacka Nagrodę Nobla a nigdy jej nie otrzymał/otrzymała? A która zasługuję na anty- Nobla? :D
środa, 28 lipca 2010
" Co z nami będzie, kiedy przestaniemy czytać książki?". Rock'n'roll, Baby!
"Co z nami będzie, kiedy przestaniemy czytać książki? Zgroza. [...] Pocieszam się, że zawsze jednak będzie jakaś reszta, pielęgnująca kulturę fotela i lampy, nałogowców, "czytomanów", którzy nie powiększą grona leniwców igrających z przyciskami pilota... . [...] Nieco irracjonalna potrzeba (tak, potrzeba!) gromadzenia książek należy do sposobu bycia, do egzystencjalnych nawyków rodziny, środowiska, w którym się wyrasta lub żyję. Tylko...gdzie te zbiory trzymać? Pamiętam mieszkanie Turowiczów zawalone książkami, sam od dawna staję wobec koniecznosci znacznego zredukowania mojej biblioteczki... Ten, kto dokonał w życiu takiej operacji, zrozumie, dlaczego wciąż nie mogę się do nieuchronnej selekcji (oddać/zatrzymać) zabrać" ks. Adam Boniecki "Tygodnik Powszechny" 31/2010.
Często sięgam po "TP" ze względu na rewelacyjny i niepowtarzalny (najlepszy!) dodatek literacki, który aktualnie ukazuję się raz na miesiąc z gazetą. Te właśnie numery, kupuję w tradycyjnej formie papierowej, którą zasadniczo cenie bardziej niż wersje elektroniczną. Pozostała numery (bez dodatku) stara się "doczytywać" online. Jednakże są wyjątki od tej reguły - takim wyjątkiem jest między innymi najnowszy numer "Tygodnika..." poświęcony czytelnictwu w naszym kraju. Czytelnictwu, które jest naprawdę fatalnym stanie - 37% Polaków (tylko!) czyta - dla porównania 60% mieszkańców krajów skandynawskich. Sytuacja w kraju jest fatalna (dla mnie pożeracza książek niewyobrażalna) i jak podkreśla Jadwiga Kołodziejska - autorka jednego z trzech artykułów poświęconych temu zagadnieniu - jest to wynik m.in. fatalnej w skutkach polityki (anty)kulturalnej naszego rządu. Bowiem, gdy w Sejmie Bogdan Zdrojewski prezentował projekt reform związanych m.in. z czytelnictwem i bibliotekami sala obrad była prawie pusta. Natomiast, gdy w Norwegii spadł poziom czytelnictwa w przeciągu roku wprowadzono ustawę, która mówiła, że żaden czytelnik nie może mieć dalej do biblioteki niż 2 kilometry... A teraz oficjalnie i pompatycznie - w ramach czytelniczego protestu zamieszczam moje akcesoria książkowe i jako młody bibliotekarz będę w moich uczniach krzewić miłość do książek! O tak! Wszystkimi znanymi mi sposobami - nawet jeśli wymagałoby to ode mnie przekupstwa słodyczowego petentów. Oto gadżety:
zakładki i... ...książki.
Tyle jeśli chodzi o czytelnictwo. Może jeszcze tylko dodam, że strasznie się z "Magiem" męczę..., ale o tym później. W piątek ruszamy na Przystanek Woodstock. Zresztą jak co roku. Należy więc trzymać kciuki za dobrą pogodę (wymagania: 25C, bez deszczu, leciuśienkie słoneczko) i dobrej zabawy życzyć. YEAH!
środa, 21 lipca 2010
Seks i Pidżama, Dostojewski oraz Borges (na dodatek!), czyli jak zwykle rzecz o książkach.
Ponieważ mam wakacje i czas płynie bosko pomalutku, wręcz smakowicie – próbuję różnych lektur i tekstów. Ostatnio nawinęła mi się książka przyjemna, aczkolwiek nie wnosząca nic nowego do mego czytelniczego życia, mowa tu o utworze Mary Roach „Bzyk. Pasjonujące zespolenie nauki i seksu”. Rzecz świetnie napisana, ciekawa, która sprawia czytelniczą przyjemność w chwili, gdy ma się ją w ręku. Jeśli więc w ogóle może być mowa o książkach na lato to właśnie „Bzyk” taką książką jest. Zadziwiające w tej lekturze jest również determinacja samej autorki, która gna ją niezłomnie do poznania prawdy. Pasja z jaką Mary Roach podchodzi do badanego tematu zdumiewa i zachwyca. Rewelacyjne jest również poczucie humory i dystansu amerykańskiej pisarki, dzięki któremu, myślę, miała szansę uczestniczyć w różnych ekstremalnych sytuacjach (jak na przykład w dość brutalnym umieszczaniu silikonowej protezy w męskim członku) związanych z seksem, orgazmem i całą (przyjemną) resztą. Chętnie więc sięgnę po drugą książkę autorki „Sztywniak”, która zresztą zalega na mojej półce, gdyż lato to czas zabawy a książki Roach doskonałą rozrywką są!Moja ocena: 4.5/6
Zdarzyła mi się również w tym czasie letnim – rozciągłym jak krówka mordoklejka -przeczytać rzecz znacznie odmienną od prezentowanej tu pozycji numer 1 mianowicie „Autobiografie” Borgesa. To niewielki dziełko, którego przeczytanie zajmuję zaledwie czas w jakim wypija się jeden kubek popołudniowej kawy jest książką znacznie różniącą się od wszystkiego co miałam szanse tego autora przeczytać. Napisana, trafniej opowiedziana (gdyż niewidomy Borges w tym czasie już dyktował swoje teksty innym) autobiografia to niezwykła historia człowieka, który wielbił i czcił książki do tego stopnia, że to one były punktami na osi czasu wyznaczającymi kolejne etapy jego życia. Ten pisarz żył książką, w książkach, z książkami, będąc przy tym człowiekiem o niezwykłej skromności i poczuciu humoru. Niechaj za przykład posłuży nam następujące zdanie:„Przypomina mi to radę Marka Twaina, który dowodził, że można stworzyć wspaniałą bibliotekę, pozbywając się twórczości Jane Austen, i nawet jeśli w tej bibliotece nie zostałoby więcej książek, nadal byłaby wspaniałą biblioteką, brakowałoby bowiem utworów Jane Austen” (Jorze Luis Borges, Autobiografia, Warszawa 2002, s. 48.)A wieńczące zdanie: książka ta jest niezwykła! Och tak!Moja ocena: 6/6 |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
2010 PRZECZYTANE
Aktualnie czytane - "Stulecie chirurgów" Thorwald Jürgen
Podczytywane-podpatrywane
Wyzwanie - Rosja w literaturze
Z drugiej strony barykady - bibliotecznie
|